Ty wpisujesz się do księgi a ja informuję. Taka jest zasada.

9. O tej, która oczy miała jak woda w zimny dzień...
Napisała Karolina
O godzinie 20:46:04 dnia środa, 7 stycznia 2009

Aż mi wstyd. Za to, jak potraktowałam tego bloga. Powinien dać mi kopa w pupę i przestać się logować. Przepraszam was za ten epizod. Aż mnie oczy bolały. Chciałam coś dodać, ale nie miałam weny na więcej. Więc dodałam co miałam. Kasuję tamto, a teraz macie notkę pełną, wraz z tamtą częścią.
Mylog już, dzięki Bogu, działa:) Postaram się wziąć się do pracy:) O ile jeszcze ktoś to czyta...

***

Święta Bożego Narodzenia zbliżały się nieuchronnie. Wielu postanowiło zostać w zamku, z różnych powodów.
Ale nie wszyscy.
Profesor McGonagall stała w Pokoju Wspólnym Gryfonów, ze spokojem notując nazwiska uczniów wyjeżdżających na święta.
Wśród przepychających się w jej stronę uczniów stała niska dziewczyna.
Była niesamowita, i nie sposób było jej nie zauważyć.
Jej włosy miały ni mniej, ni więcej tylko barwę kasztana, który dopiero co spadł z drzewa. Długie do pasa, lekko kręcone, nadawały jej wygląd wiecznie radosnej, małej wróżki.
Mówią że oczy są zwierciadłem duszy - jeśli tak, ta dziewczyna miała najpiękniejszą duszę na świecie. Jej zwierciadła miały kolor wody w zimny dzień, coś między szarym a granatowym.
Była niesamowita, i nie sposób było jej nie zauważyć.
Kolejka zmniejszyła się, i dziewczyna mogła już podejść do nauczycielki.
- Imię i nazwisko? - spytała McGonagall. Dziewczyna spojrzała na listę.
- Marlena McKinnon.

***

Był deszcz. Był wiatr. Było zimno.

Cienistą aleją szła dziewczyna. Jej długie, brązowe włosy rozwiewał wiatr, a szare oczy wpatrywały się z uporem tylko w ten jeden punkt.
Była smutna.

W parku, na ławce siedział chłopak. Jego ręce spoczywały złożone na kolanach, a wzrok spoczywał na jednej z alei.
Był zamyślony.

***

Pamiętała czasy, kiedy uwielbiała przebywać w parku. Kręciła się wtedy w pobliżu stawu, a on przychodził do niej.
Siadał zwykle w pewnym oddaleniu, uważnie ją obserwując. Czasem wymieniali kilka lękliwych, trwożnych spojrzeń, a niekiedy nawet i uśmiechy. Jednak nigdy ze sobą nie rozmawiali. Bo i po co? Rozumieli się bez słów, a słowa mogą ranić. Ona wiedziała o tym jak nikt inny.
Mimo to jednak lubili się spotykać, lubili rozmawiać własnym alfabetem ruchów.

Tak było dobrze.

Pamiętał ten dzień, kiedy chował się za budynkami, śledząc ją. Miała wtedy na sobie spódniczkę w kratkę i szarą bluzeczkę. I ten uśmiech, który rozbawiał wszystkich. Nie widziała wtedy, że ktoś za nią idzie. A on odczuwał radość, gdy mógł ją oglądać.

To mu wystarczało.

Ale potem wszystko legło w gruzach, a ich szklany świat spojrzeń i gestów rozsypał się w drobny mak.
Ona przestała się uśmiechać.
On przestał na nią patrzeć.
I tak zostało.

***

Nadeszły ferie, a wraz z nimi powrót do domu, dla jednych był to czas radosny, dla innych mniej. Jednak dla wszystkich był to czas odpoczynku.

Czasem, w zimowy dzień, dobrze jest opatulić szyję szalikiem i wyjść na długi spacer. Można wtedy zastanowić się nad wszystkim, wszystko przemyśleć. To sprawia, że czujemy się lepiej,
Marly też o tym wiedziała. I wiedziała, gdzie iść.
Park był bardzo blisko domu, dwie uliczki dalej. Drzewa, które w lato wydawały się tak rześkie i zielone, teraz jakby opadły i ze spokojem czekały na swój czas. Śnieg otulił je białym kożuszkiem, okrywając również wszystko wokół.
Nawet staw, miejsce Ich byłych spotkań, okryty został cienką warstwą lodu.
Ich...
Pamiętała, dlaczego przestali się spotykać. Pamiętała, dlaczego przestali na siebie patrzeć.
Ale nie pamiętała, dlaczego przestali się kochać...


komentarze [1]


...
Napisała Karolina
O godzinie 00:25:00 dnia poniedziałek, 28 lipica 2008

Ja wcale bloga nie zostawiłam, bynajmniej... mam mały zastój weny. Wrócę. Niedługo, mam nadzieję.

komentarze [5]


8. Odbicie marzeń
Napisała Karolina
O godzinie 20:51:26 dnia czwartek, 12 czerwca 2008

Notka chyba jest stosunkowo długa. Mówiliście, że za mało akcji. I mieliście rację! I teraz jest troszkę, ta odrobinka najmniejsza akacji, ale jest to odrobinka niezmiernie ważna. Nie wiem, czy ta notka mi się podoba. Oceńcie sami. Ach, i zakładam szablonownię:) Jak kto chce zobaczyć, to zapraszam tutaj.
Pozdrawiam

***

- Matka Natura nie poskąpiła nam w tym roku zimy... - mruknął do siebie pewien nauczyciel. Przemierzał on właśnie korytarze Hogwartu, kierując się do swojego gabinetu w lochach. Miał rację.
Jeszcze tydzień temu można było widzieć na błoniach uczniów korzystających z nieuwagi woźnego i wskakujących radośnie w góry liści. Teraz na błoniach nie było nikogo. Wszyscy skryli się przed napływającym potężną falą mrozem. Zaskakujące, jak szybko poczciwa jesień potrafi zasnąć, ustępując miejsca niszczycielskiej zimie. Była godzina dwudziesta druga, i w lecie byłoby jeszcze jasno. Teraz, w zimie, zapadły już ciemności...

***

Była noc. Blady, melancholijny księżyc świecił zza okien, rzucając na ściany delikatną, srebrną poświatę. Noc mieniła się okruchami tajemnicy i magii.
Korytarzem piątego piętra przemykała postać dziewczyny, co chwila oglądając się za siebie. Włosy, których barwy w ciemności nie dało się zauważyć, porozrzucane były po ramionach.
Biegła, nie zważając na stukot jej butów. Po pewnym czasie stanęła, przytrzymując się za bok. Wtedy też księżyc oświetlił jej postać.
Rude kosmyki zafalowały, po czym opadły miękko na jej ramiona. Wzięła większy oddech.
- Nie powinnaś tu być. - dziewczyna obróciła się. Zza rogu wyłonił się wysoki, czarnowłosy chłopak. Brązowe oczy patrzyły na nią odrobinę oskarżycielsko zza okularów.
- To nie twoja sprawa... - Lily zawahała się - Potter.
Nagle uprzytomniła sobie, że od ponad trzech miesięcy nie słyszała już jego odzywek. Nic. Cisza.
Uśmiechnął się, jednak po chwili wyraz jego twarzy zmienił się. Przyłożył palec do ust. Usłyszeli kroki.
- Za mną. Szybko. - mruknął, po czym złapał ją za rękę. Lily bezwiednie poddała się jego woli, i już po chwili znaleźli się w jakiejś sali.
James szybko zamknął drzwi, po czym zaczął nasłuchiwać. Stukot butów o kamienną posadzkę powoli cichł, a po chwili na dobre umilkł. Wtedy dopiero odwrócił się do dziewczyny.
Stała kilka kroków dalej. Obok niej stało wielkie lustro ze zdobieniami na ramie. Metalowe winogrona łączyły się z winoroślami, wspólnie oplatając taflę.
Rudowłosa patrzyła na nią z zaciekawieniem. Chłopak uśmiechnął się.
- Stań naprzeciwko lustra. - spojrzała na niego jak na wariata.
- Dlaczego? - on tylko pokiwał głową. Wzruszyła ramionami. Stanęła. Spojrzała w taflę i nagle...
- Tunia... - szepnęła. Jej oczom ukazał się niezwykły obraz. Ona stała tak jak teraz, w swojej białej bluzce, ale obok niej stała jej siostra. Ale nie ta, którą można było zapamiętać z wakacji u państwa Evans. Ta dziewczyna była szczęśliwa, zadowolona z życia. Jej twarz, zwykle szarawą i pozbawioną uczuć ocieplił uśmiech i iskierki miłości w oczach. Przytulała swoją młodszą siostrę.
Czarnowłosy patrzył na dziewczynę ze smutkiem. Ta odwróciła się do niego.
- Co to za lustro? - spytała szybko. Spojrzała na niego. Wskazał jej palcem napis u zwieńczenia ramy lustra.
- "Ain Eingarp acreso gewtel az rawtą wte in maj ibdo." Co to znaczy? - chłopak zbliżył się parę kroków i stanął obok lustra.
- Przeczytaj od tyłu. - powiedział, po czym wyjrzał przez okno. Spojrzała.

Odbijam nie twą twarz ale twego serca pragnienia.

Dziewczyna westchnęła.
- A więc to tak... - mruknęła z żalem. Spojrzała na niego.
Był inny, zupełnie inny od tego Jamesa Pottera, którego poznała pierwszego dnia w Hogwarcie.
Coś się zmieniło, czuła to. Co? Nie wiedziała. Wiedziała jedynie, że Potter nie jest już tamtym Potterem. Więc kim jest teraz?

- James? - chłopak odwrócił się i spojrzał na nią. Zawahała się. - A co ty... widzisz w tym lustrze? - spytała.
On westchnął, po czym spojrzał w stronę zwierciadła.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? - spytał. Kiwnęła głową.
Podszedł do drzwi i cicho je otworzył.
Spojrzał na nią raz jeszcze. W białej, lekkiej bluzce odróżniała się skutecznie od murów ścian. Rude włosy porozkładane niedbale na ramionach. Zielone oczy wpatrujące się w niego z uwagą.
- Ciebie. - szepnął, po czym odszedł.
Zarumieniła się. Poczuła lekki ból w sercu. Tego się nie spodziewała.

Zapewne kiedyś, gdy wspominała tą sytuację, przypominała sobie pytanie zadane przez siebie samą. Zapewne wtedy znała już odpowiedź. W tamtej chwili Potter przestał być Potterem.
A stał się Jamesem.

komentarze [27]


7. Czekolada na gorąco.
Napisała Karolina
O godzinie 17:26:46 dnia wtorek, 13 maja 2008

Wreszcie jest notka. I szablon, który jest prześliczny i za którego bardzo dziękuję Clairey. Zapraszam na notkę.

♣♣

Ciemność.

Przez otwarte okno wpływało do pokoju świeże powietrze pomieszane z kroplami deszczu. Niebo dawało popis swych umiejętności, co raz strzelając piorunami. Natura po raz kolejny dobitnie informowała o swym panowaniu nad ziemią.
Drzewa w Zakazanym Lesie wyginały się na wszelkie strony, szumiąc swoimi liśćmi. Wiatr delikatnie unosił czcinę przy jeziorze. Woda co chwilę uderzała o brzeg, rujnując nowo posadzone tam kwiaty.

Lily zawsze lubiła siedzieć przy oknie podczas burzy. Mogła wtedy poczuć spokój, i zawsze odnosiła wrażenie, że natura wyręcza ją w napadzie furii.
Że pozwala, aby ona siedziała spokojnie, a żywioły zrobią swoje i na znak jej protestu pozostawią na lądzie widoczne ślady.
Do pokoju wkradł się nagle powiew wiatru. Rude kosmyki wykonały w oknie taniec wolności, by za chwilę ponownie opaść na ramiona właścicielki.
Dziewczyna trzymała w ręku gazetę.

Zbiór morderstw
Wczoraj, w godzinach porannych w okolicach północnego Londynu doszło do zamachu na życie sześciu niewinnych, mugolskich rodzin. Nad każdym domem napastnicy pozostawili znak w postaci czaszki i węża. Ten akt okrucieństwa poruszył wszystkich. Ministerstwo ostrzega, że prawdopodobnie mamy do czynienia ze zorganizowaną szajką antymugolską. Apeluje, aby czarodzieje i czarownice zwracali większą uwagę na swoich mugolskich sąsiadów niż dotychczas.

♣♣

Mimo burzy, mimo piorunów, mimo deszczu. Żadna przeciwność losu nie jest w stanie pokonać prawdziwej przyjaźni.
I właśnie w imię przyjaźni przez krople wody gęsto padające na ziemię przedzierali się trzej chłopcy. Nie. Nie chłopcy. Byli to już mężczyźni.

James spojrzał w niebo. Choć przez chmury nie było tego widać, była pełnia. Wiedział, że niedługo spotkają Remusa w tej... innej postaci. Spojrzał na przyjaciół. Wiedział, że każdy z nich myśli o tych nocach inaczej.
Spojrzał na Syriusza. Jego twarz wyrażała oczekiwanie przygody. On nie liczył się z konsekwencjami. Szedł do przodu nie patrząc za siebie ani na boki.
Zerknął na Petera. On wydawał się być nadal przerażony, mimo że robili to już nie raz.
Pomyślał o Lupinie. Mimo że jego nie było z nimi, dobrze wiedział co Remus o tym myśli. On się tego obawiał. Bał się o przyjaciół, którzy tak dla niego ryzykowali. Ale James wiedział, że w głębi duszy cieszy się z ich wypadów.
Chłopak pomyślał też o sobie. Co ON o tym myśli?
On? On odczuwał po trochu wszystkich tych uczuć, które towarzyszyły jego przyjaciołom.

Wiatr zawiał mocniej.

Spojrzał na wierzę Gryffindoru. I przez chwilę, w oknie dormitorium dziewczęcego mógł widzieć wirujące na wietrze, rude kosmyki.

Uśmiechnął się, po czym odwrócił. Reszta Huncwotów wchodziła już do Zakazanego Lasu.

♣♣

Mocne, kamienne mury Hogwartu zawsze dawały ludziom schronienie. Były dla wielu symbolem obrony, oporu przed złem, miejscem niezdobytym. Nigdy. I przez nikogo. Dorcas, mimo wszystkich różnic dzielących ją od innych uczniów na ten jeden temat miała to samo zdanie.
Dla niej Hogwart był zawsze ucieczką. Od ojca. Od matki. Od domu.
Cóż w tym dziwnego? Nie kochała ich, i wiedziała że oni jej nie kochają. Nie obchodziło jej to. Cóż, w każdym razie teraz. Kiedyś nie rozumiała, czemu są okrutni, czemu są pozbawieni jakichkolwiek uczuć do niej. Teraz wiedziała, że po prostu nie mają w sobie miłości. Ich serca przypominały głazy. Zimne, twarde, nie do przebicia.
Szła korytarzem. Nie obchodziło jej, że jest już północ. Miała to gdzieś. Szła, co chwila dotykając palcami kamiennych ścian. Pomyślała, że chętnie napiłaby się czekolady. Odwróciła się. Dlaczego by nie? Przeszła pięć kroków. Stanęła. Skrzaty domowe pewnie już śpią. Nie będzie ich budzić. Odwróciła się. Nadal mając w myślach kubek czekolady przeszła kilka kroków. Usłyszała trzask.
Odwróciła się, lekko przestraszona. W ścianie, obok której przed chwilą kroczyła były teraz drzwi. Rozejrzała się po korytarzu. Z lekkim zaciekawieniem uchyliła je. Była tam lekka wnęka i półka. A na półce stał spokojnie kubek i termos z czekoladą.

komentarze [17]


6. Śmierć sprzed roku.
Napisała Karolina
O godzinie 12:06:36 dnia niedziela, 23 marca 2008

Chciałam poczekać z dodaniem na nowy szablon, ale szablon nie chce żebym czekała:P Więc nie czekam.
Dodaję, i dedykuję Kasiuli. Bo mnie męczyłaś o notkę, a ja myślałam że wszyscy o mnie zapomnieli.

♣♣

Panika.

Ciemność.

Strach.

Dwie błyskawice w tym samym momencie przecięły niebo. Patrząc za okno można było odnieść wrażenie, że ktoś w górze rozlał na niebie atrament... Tak ciemna była noc.
Jakże wielką siłę mają uczucia? Nie te złudne, udawane. Te prawdziwe, szczere.
Jak wielką siłę ma nastrój?
Dzisiejszy był wprost stworzony do popełnienia morderstwa. I rzeczywiście, miało być popełnione.
Na podłodze, w ciemnym lochu leżała kobieta. Jej nierówny oddech pulsował w powietrzu, jej oczy z paniką rozglądały się po pomieszczeniu. Parę metrów od niej stał mężczyzna. Celował w nią różdżką. Ręka lekko mu drżała, gdy powstrzymywał zaklęcie. Drugą dłonią trzymał skraj szaty.
- Proszę... - szepnęła cicho kobieta, patrząc na niego z przerażeniem. W odpowiedzi usłyszała tylko cichy śmiech.
Crucio!
Śmiercionośny promień przeciął powietrze, trafiając w kobietę. Krzyknęła. Jej ciało zaczęło dygotać, twarz wykrzywił ból. Znieruchomiała.

Zaklęcie przestało działać.

- Zapamiętaj... - wysyczał mężczyzna, cofając się jeszcze o krok. - Nigdy nie próbuj przeciwstawiać się Czarnemu Panu. On to widzi, i nagradza, Dreasly.
Kobieta spojrzała na niego. W jej oczach malował się strach, panika i takie... poczucie spełnionego obowiązku.
Tak. Zrobiła to, co kazał jej zrobić profesor Dumbledore.

W ciszy, w ciemności, z nieśmiałym uśmiechem na twarzy poddała się śmierci.
Ona nie przyszła do niej z czarnym kapturem i kosą. Ona przyszła z wiankiem kwiatów na głowie, zapraszając tę kobietę do nowego świata.
I tak było dobrze.



Jesienny wiatr powiewał lekko nad błoniami zamku.
Kolorowe liście wędrowały w powietrzu, aby za chwilę spaść na ziemię.
Delikatne słońce wyszło na chwilę zza chmur, żeby za moment na powrót się za nimi schronić.
Nadeszła jesień.
Po błoniach wędrowali uczniowie. Niektórzy, odziani w szkolne szaty, wychodzili dopiero z lekcji. Inni, ubrani w zwykłe, mugolskie ubrania, spacerowali wokół jeziora. Nie było wśród nich jednak słynnych już na całą szkołę panów.
Czwórka Gryfonów została w zamku.
Podobnie jak czarnowłosa Meadowes, która schroniła się w murach przed ostatnim ciepłym popołudniem.
Jednak dwie Gryfonki nie były aż tak wrogo nastawione do odchodzących promieni światła.
Rudowłosa Lily wpakowała się właśnie w stos liści, tak wytrwale zamiatanych przez woźnego Evila. Prymuska, panna perfekcyjna we własnej osobie zrezygnowała na jeden dzień ze swoich zasad, i z prawdziwą przyjemnością oddała się choćby tylko skrajnemu ich łamaniu.
Clemence pomyślała w tym momencie, że przyjaciółka wygląda słodko. Zielone, lśniące oczy współgrały z zielonym szalikiem i niedbale założonym na głowę beretem. Rude loki porozrzucane były na wszystkie strony, a na twarzy błąkał się uśmiech.
Lily wstała i ze śmiechem otrzepała się z liści. Dwie przechodzące Puchonki spojrzały na nią z pewną dozą zdziwienia na twarzy.
Ona się jednak tym nie przejęła. Po krótkiej chwili wahania wyciągnęła rękę do blondynki.
Clemence już wiedziała co zaraz się stanie. Z uśmiechem na twarzy podała Rudej rękę i natychmiast została popchnięta w stertę liści.

komentarze [10]


5. Detektyw w spódnicy
Napisała Karolina
O godzinie 21:15:07 dnia wtorek, 5 lutego 2008

Ta notka powinna rozproszyć wszelkie wątpliwości na temat Dorcas Meadowes. Mam nadzieję że ją polubicie, bo ja już ją uwielbiam. Ach, mam dosyć pisania do wszystkich osób z ulubionych o notce. Wpisywać się do księgi proszę!"



W pokoju Wspólnym Ravenclawu siedziała wysoka, czarnowłosa dziewczyna. Przechodzący Krukoni mijali ją z pośpiechem, nikt nie chciał do niej podejść. Rzucali jej ukradkowe spojrzenia. Prawie słyszało się ich myśli: "To ta wariatka, Meadowes. Lepiej się do niej nie zbliżać...".
Czy dziewczyna była rzeczywiście wariatką? Można powiedzieć, że była to kwestia sporna. Ci, którzy widzieli ją przypadkiem, pocieszającą jakąś pierwszoklasistkę, powiedzieliby że nie. Ci, którzy zostali wylewitowani w powietrze za przypadkowe kopnięcie kota powiedzieliby, że owszem. Większość uczniów miało o niej negatywne zdanie, zapewne dlatego że nie kryła się z wymierzaniem kar prześladowcom zwierząt. Wyglądało na to, że wcale nie przeszkadza jej zupełny brak przyjaciół, mało tego. Można było odnieść wrażenie, że jest z tego na swój sposób dumna.
Jej wygląd z resztą był raczej odpychający: długie do pasa, proste, czarne włosy, jasnoszare oczy i blada cera sprawiały że wyglądała upiornie. I wcale nie chciała tego zmieniać.
Teraz trzymała w ręce czyjś, niewątpliwie nie jej własny pamiętnik. Gdyby ktoś dobrze się przypatrzył, mógłby na zakładce z materiału odcyfrować litery "L. E.".
Dorcas spojrzała na książeczkę. Dobrze pamiętała, jak wpadła jej w ręce. James Potter znów był spóźniony na lekcje. Biegli razem z Syriuszem Blackem, w pędzie mijając Dorcas. Uderzyła w nią torba okularnika. A z niej wypadło To. Zanim się spostrzegła, ich nie było.
Meadowes nie wiedziała, skąd miał go Potter, nie miała też poszanowania dla cudzej prywatności. Rozkoszując się niczym wyborną lekturą, przeczytała cały pamiętnik. Nie zamierzała go zwrócić Potterowi, od kiedy dowiedziała się, że właścicielem owej książeczki jest niejaka Evans. Z tego co Dorcas wiedziała, była to albo ta ruda gryfonka, albo jej jasnowłosa przyjaciółka. Jedno ją tylko zastanowiło: kilka razy się zdarzało, że przy wpisie była mała wzmianka o Huncwotach ślęczących nad pergaminem, a raz nawet notatka o jakiejś mapie. Meadowes była podejrzliwa, a ponad wszystko lubiła odkrywać tajemnice. Miała dzięki temu potworną radość z odkrytej zagadki, i informację o zamku. Wiedziała o wielu komnatach nie tkniętych przez zbyt wielu uczniów. Jedną z wielu tych tajemnic było tajne przejście do dormitorium Slytherinu, które odkryła pół roku temu. Można było przypuszczać, że Ślizgoni byli pod stałą obserwacją, kiedy jeszcze nauczyciele znali to przejście. Teraz, była tego pewna, nikt już go nie używał. Wskazywały na to tony pajęczyn i kurzu.
Dorcas Meadowes z uśmiechem na ustach wstała z fotela. Kilku uczniów w panice uciekło do dormitoriów, ale dziewczyna nic sobie z tego nie robiła. Postanowiła rozwiązać kolejną zagadkę, tym razem dotyczącą żyjących tu ludzi.



Dormitorium chłopców z Gryffindoru wbrew wszelkim pogłoskom było całkiem czyste. Oczywiście chodzi tutaj o chłopców, a właściwie już mężczyzn z szóstego roku, bo co do młodszych roczników można mieć poważne wątpliwości.
Dumnymi właścicielami owego czystego pokoju były cztery diabły. No, może inaczej. Dwa diabły, jeden inteligentny człowiek przeciągnięty na ciemną stronę mocy i jeden niepozorny pomocnik.
Ta oto cudowna czwórka przebywała teraz w wyżej wymienionym dormitorium, a każdy z nich zajmował się czymś innym. Jasnowłosy młodzieniec czytał na łóżku książkę, pulchny chłopiec jadł czekoladki, przystojny szatyn siedział na łóżku i patrzył na okularnika z niecierpliwością przeglądającego torbę. Na jego twarzy widniała panika.
- Zgubiłem pamiętnik Lily... - powiedział. W pokoju zapadła cisza.



- Dzisiaj mam zamiar być szczęśliwa! - powiedziała do siebie jasnowłosa dziewczyna, schodząc po schodach z wieży Gryffindoru. Uśmiechnęła się do siebie. Każdy, kto usłyszał te słowa, musiał choć przez chwilę zastanowić się nad ich znaczeniem. Co to znaczy "być szczęśliwym?". Czy siedemnastoletnia czarownica z bogatej rodziny uczęszczająca do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart może być nieszczęśliwa? Czy ma do tego prawo, kiedy los tak hojnie ją obdarował?
Najwyraźniej jednak może, bo Clemence nie czuła się bynajmniej zadowolona za swojego życia. Miała niejasne przeczucie, że czegoś poważnie jej brakuje. Czego? Sama nie wiedziała.
Przez myśli przechodziła jej opinia, że chodzi tutaj o coś wielkiego. Może miłość? Zawsze marzyła o wielkiej, pięknej miłości... A może praca? Zostać Kimś przez duże "k", takie zadanie wyznaczyli jej rodzice.
A może po prostu nie słyszeć o tych wszystkich morderstwach popełnianych wokół niej? Tak, to mogło być to. Bo bała się samych wieści. Bała się cierpienia i bólu... Bała się śmierci...

komentarze [17]


4. Z każdego koszmaru można się obudzić...
Napisała Karolina
O godzinie 11:19:20 dnia niedziela, 20 stycznia 2008

Chyba wracam... Nie jestem pewna. Notkę zawdzięczacie moim koszmarom. Jeden z nich z moją pomocą wszedł do głowy Lily.
Nie wiem, czy będę dalej pisać. Mam taką nadzieję. Na razie jest To.
Posiadam też nowe opowiadanie, do którego serdecznie zachęcam. Adres? panna-brushers.mylog.pl
Zapraszam!
Ach, i jeśli nie pamiętacie archiwum to radzę przeczytać. Pozdrawiam

♣♣♣

Ciemność. Straszna, przerażająca ciemność. Całe miasto, wszystkie mugolskie biura, ulice, domy. Wszystko było ciemne, nie było nawet skrawka światła.

I ten strach w powietrzu. Jakby na niebie czyhał na ludzi ktoś potężny i zły.

A potem na dziewczyna. I chłopak. Obydwoje wyciągnęli różdżki. Przedzierając się przez zaspy śnieżne doszli do mostu. Tam stanęli.

Ogarnęli wzrokiem budynki. W jakiś sposób czuli, że w każdym budynku są ludzie. Przerażeni, schowani, błagający o pomoc.

Stuknęli różdżkami i nagle na moście i bulwarze pojawiły się świąteczne dekoracje. Światełka, girlandy, choinki. Stała się jasność. Widzieli jak przez mgłę twarze wychylające się z domów, i nadzieją wpatrujące się w most na którym stali.

I wtedy to się stało. Ogromna, okrutna siła przygniotła ich swoją mocą. Wpadli w czarną przepaść, trzymając się za ręce spadali.

Dziewczyna miała rude włosy.
Chłopak okrągłe okulary.



Tej nocy było piękne niebo. Bezchmurne, cudownie granatowe, takie, w którym chce się zatopić wzrok. Księżyc świecił jasno i pewnie, jakby czuł że dziś ma obowiązek oświetlać ziemię swym blaskiem.
W świetle tegoż blasku cudownie wyglądał zamek. Wielka, stara budowla w świetle księżyca stałą się nagle tajemnicza, taka... dzika i niedostępna. Każdy cień jakby sugerował, że zamek ma jakąś tajemnicę. Coś niebezpiecznego, co tylko czeka żeby się przebudzić...
Do wierzy Gryffindoru też docierał ten blask. Dormitorium dziewcząt z szóstego roku całe skąpane było w księżycowej poświacie.
Na jednym z łóżek śniła dziewczyna. Nie można powiedzieć że spała, bo śpi ten, któremu nic w tym nie przeszkadza. Jej przeszkadzało coś widocznie.
Nagle zerwała się z otwartymi oczyma. Rozejrzała się wokół i odetchnęła. Po jej policzkach poleciały łzy strachu.
Wstała i podeszła do biurka. Stała na nim szklanka wody, którą dziewczyna zawsze zostawiała sobie wieczorem. Wypiła ją. Usiadła na krześle. Czym był ten sen? Był taki... realistyczny, taki... straszny. Ten strach czuła w swym ciele nawet teraz.
Są różne gatunki strachu. Jest strach przed klasówką. Jest strach po usłyszeniu jakiejś historii o wilkołakach. Ale jest też ten paraliżujący strach, ten który ujawnia się, kiedy coś groźnego jest blisko i nie ma przed nim ucieczki. To ten, który sprawia że chcesz krzyczeć i płakać, byleby tylko to coś odeszło.
Tym razem był to ten trzeci.
Lily Evans nie była osobą tchórzliwą. Jako mieszkanka domu Gryffindora była odważna.
Ale odwaga nie oznacza, że niczego się nie boisz... Ona bała się często, ale nie okazywała tego innym.
Taka była. Wydawała się otwarta, a była skryta...



W Wielkiej Sali jak zwykle panował dość duży gwar. Przy stole Ravenclawu siedziała samotnie pewna dziewczyna. Patrząc na nią odnosiło się wrażenie, że nie miała nigdy przyjaciół i że wcale ich nie potrzebowała. Długie, czarne włosy spływały jej do pasa, a szare oczy kontrastowały z bladą cerą. Jednym słowem wyglądała dość upiornie. W ręku trzymała czyjś pamiętnik.
Pierwsza strona nosiła datę 28 kwietnia. Pod spodem opis. Dziewczyna opisywała śmierć swojej babci, i jej ostatnie słowa. Spisane było wszystko, jej ostatnie chwile.
Kolejna strona zawierała opis prób napisania listu do rodziców. Czasy, kiedy wróżbiarstwa nauczała profesor Dreasly. Ta, która rok temu w wakacje tajemniczo znikła. A po miesiącu znaleziono jej zwłoki*.
Następne kartki zawierały refleksje na temat swojej przyjaciółki.
A na pierwszej stronie było imię i nazwisko: Lily Evans.

Czarnowłosa z trzaskiem zamknęła zeszyt, po czym spojrzała na plan lekcji. U góry kartki widniały dane osobowe właścicielki.

Dorcas Meadowes.


♣♣♣

*Opis śmierci zamieszczę w późniejszych notkach. Tak nawiasem, czy to nie odpowiednie słowo? "Zwłoki..." Podoba mi się znacznie bardziej niż "ciało", które zawsze kojarzy mi się bardziej z duszą w nim zamieszczoną. A "zwłoki" są neutralne...

komentarze [11]


Witajcie!
Napisała Karolina
O godzinie 21:00:07 dnia wtorek, 20 listopada 2007

Piszę, ażeby nikt mi adresu nie zabrał. Nie ma! Wrócę niedługo, czuję to:)

komentarze [2]


3. Rozmyślania
Napisała Karolina
O godzinie 17:35:42 dnia czwartek, 6 września 2007

Ha! Chcieliby przejąć mi bloga, co?? A tu nie ma! I nie będzie. Za to jest notka. Nieudana, zbyt... wrażliwa. Nie podoba mi się. Ale chcę już coś dodać więc niech będzie...



Był wieczór. W kominku wesoło trzaskał ogień, oświetlając twarz dziewczyny. Rudowłosa gryfonka siedziała na kanapie z pamiętnikiem w dłoni. Uśmiechając się sama do siebie, szczegółowo zapisywała ostatnie wydarzenia. Mina zmieniła jej się tylko na wspomnienie o "sławnym szukającym Gryffindoru", i jego nieodłącznym kumplu Blacku. Ale szybko odgoniła od siebie te nieciekawe myśli, i zajęła ich miejsce ostatnią lekcją zaklęć. Poznali niezwykle użyteczne zaklęcie kameleona. Lily z zapałem przypominała sobie udaną próbę rzucenia tego uroku, i cichym parsknięciem śmiechu skomentowała wyczyn Petera. Pomylił on formuły zaklęć i przefarbował szatę Remusa czerwono. Biedny Lupin, nie mógł odwrócić tego procesu...

Gdy Lily zatapiała się we wspomnieniach, nie mogła wiedzieć że w kącie sali siedzi chłopak. A nie mogła o tym wiedzieć z dwóch powodów: po pierwsze, nawet nie spojrzała w tamtą stronę. Po drugie: chłopak był niewidzialny.




James Potter był cierpliwy. Był również przebiegły. I inteligentny. I właśnie te trzy cechy zaprowadziły go do obecnej pozycji.
Był tak cierpliwy, że klęczał w kącie sali trzy godziny, czekając aż wszyscy pójdą do pokoi, i zostanie sama Lily.
Był tak przebiegły, że chował się pod peleryną. Wiedział, że Lily nie zechce zostać w PW, jeśli on będzie tam stał.
A najważniejsze: był tak inteligentny, ze gdy siedząc na podłodze w kącie pokoju i oglądając zmiany nastroju tej dziewczyny, uświadomił sobie że ona wcale nie jest zwykłą zachcianką. Wyobrażając sobie życie bez niej stwierdził, że byłoby puste i pozbawione sensu. Ona była jego natchnieniem, jego... wzorem? Zawsze chciał być uosobieniem dobroci, ale jakoś... nigdy mu to nie wychodziło...
Za to ona z pewnością taka była. Doskonała w każdym calu, dla każdego znalazłaby pomoc. No, może dla każdego z wyjątkiem jego...
Była dla niego tak ważna. Potrzebował jej do szczęścia, i nawet ta mała część uwagi, jaką na niego kierowała, była przyczyną jego radości. Kiedyś, gdy widział ją w oddali, zawsze musiał się popisać, sprawić, żeby go zauważyła. Teraz już nie chciał tego robić. Powoli dochodziły do niego podstawowe wartości. Teraz, gdy patrzył na dziewczyny, nie widział w nich tylko pięknych włosów, czy smukłej figury. Chciał zobaczyć inteligencję, miłość do ludzi i dobroć... dobroć, plus to coś, co sprawiało że była jedyna w swoim rodzaju. Zadziwiające, jak niewiele było w Hogwarcie takich dziewcząt... Dlatego ją kochał. Bo była inna. Lepsza od innych. Bo wyróżniała się tą potrzebą niesienia pomocy innym. Dzięki niej stawał się coraz lepszym człowiekiem. Inni to zauważali. I doceniali.
Ona nie...

Spojrzał na nią ponownie. Siedziała nad pamiętnikiem, a ogień oświetlał jej sylwetkę. Miał zamiar dziś ją zaczepić. Ale stwierdził, że nie zrobi tego. Dziś nie ten dzień.
Bezszelestnie wymknął się z pokoju, pozostawiając rudą w stanie szczęścia umysłowego. Bo właśnie o to mu chodziło. Żeby była szczęśliwa. Nawet kosztem Jego szczęścia...



Dni mijały spokojnie i harmonijnie. Zdaniem Clemence może nawet zbyt spokojnie. Brakowało jej pewnej akcji, zabawy. Huncwoci zaprzestali na razie swoich wybryków, co dziewczynę troszkę nieprzyjemnie zaskoczyło. Wyczyny chłopców zapewniały jej rozrywkę. Ale nie martwiła się, bo oto niedługo miał rozpocząć się pierwszy mecz Quidditcha o Puchar. Grać mieli Krukoni ze Ślizgonami. A najnowszym komentatorem miała być właśnie ona...
Lubiła Quidditch. Lubiła to uczucie towarzyszące unoszeniu się w powietrzu. Jednak nie na tyle, żeby latać. Wolała siedzieć spokojnie, ze swojego miejsca komentując wyczyny drużyn.
Spojrzała przez okno. Było już ciemno, i lekko kropił deszcz. Clemence uwielbiała taką pogodę. To było jak natchnienie, jakby niebo płakało nad ludźmi.
Od pewnego czasu czuła się przytłoczona. Inni rozprawiali o przyszłym życiu, karierze zawodowej. Ona nie miała w planach nic. Nie wiedziała kim chce zostać. Wiedziała tylko, że na pewno nie aurorem. Bała się tego strasznie. Bała się tych ludzi. Ludzi, którzy zabijali i mordowali. Nie potrafiłaby się do któregoś z nich zbliżyć. Tak, bała się. Była z rodziny mugolskiej, więc gdy nadejdzie czas, tajemniczy mordercy, którzy od pewnego czasu się wychylali, wezmą się i za nią. Już teraz w gazetach pojawiały się tajemnicze artykuły. Małe, i niezauważane, bo prorok codzienny jest kontrolowany przez Ministerstwo, ale były. O zaginięciach, porwaniach, morderstwach.



Lily Evans nigdy nie miała chłopaka. Nie uważała tego jednak za hańbę. Nie mogła zrozumieć przyjaciółki, która dość często zmieniała swoich. Rudowłosa zawsze twierdziła, że chodzić mogłaby jedynie z mężczyzną, którą pokocha. Pokocha całym sercem, i będzie mu ufać. Na razie nie trafił się żaden taki, który wart byłby uczuć tej dziewczyny. I wcale nie dlatego, że pan Potter odstraszał wszystkich potencjalnych wielbicieli. Lily po prostu nigdy nie flirtowała. Clemence często mówiła że jej przyjaciółka zamknęła się na zawsze w swoim małym świecie, w którym chłopcy nie istnieją. Za to istniała tam poezja i proza, zmierzch i świt, słońce i księżyc...

...przeciwieństwa zawsze przyciągały tę osóbkę... Zwłaszcza teraz, gdy dzień chylił się już ku zmierzchowi...

Rudowłosa siedziała nad jeziorem, oglądając zachód słońca. Barwy zdawały się mówić do niej: "odkryj naszą tajemnicę". Bo jakąś na pewno miały. Słońce powoli wędrowało po niebie, aby zniknąć za górą. Na ciemniejszym niebie, od wschodu, widać już było blado-biały księżyc. Lily spojrzała w górę, na niebo. Nad jej głową kłębiły się burzowe chmury, gotowe w każdej chwili lunąć deszczem. Rudowłosa wcale się tym nie przejęła.
Lubiła deszcz. Lubiła to uczucie, kiedy krople wody spadają po karku, wywołując małe dreszcze. Lubiła patrzeć na mokre, rude kosmyki unoszące się wokół jej głowy. Lubiła mimo wszystko dotyk mokrego materiału opinającego się na nogach i brzuchu. I lubiła tą świeżość po deszczu. I radość. Radość, że znów wzeszło słońce.

komentarze [9]


Ja tu wrócę...
Napisała Karolina
O godzinie 08:26:06 dnia środa, 20 czerwca 2007

Wdech, wydech...
Moi drodzy... Jakby wam to powiedzieć...
Zawsze kochałam Lily, więc czuję się, jakbym ją zdradziła... wiec szybko wypluję te słowa...
Muszę zawiesić bloga, bo nie mam już weny. to bez sensu, prowadzić go bez weny.
Niestety...
Ale nie odchodzę tak całościowo. Pozostanę (mam nadzieję!) w waszych sercach oraz na oddechu.
Wpadajcie tam, bardzo was proszę:D
Pozdrawiam
Karolina

PS: Ja tu wrócę!!!! Kiedyś...

komentarze [12]


2.Wybryki i rozmyślania...
Napisała Karolina
O godzinie 22:01:56 dnia wtorek, 8 maja 2007

Notki nie było długo, wiem. Postanowiłam w takim wypadku zrobić troszeczkę dłuższą, ażeby wam ten fakt wynagrodzić. A ponieważ jestem chora, następna notka pojawi sie zapewne szybciej. Tym czasem rozkoszujcie się tą.

♣♣♣

Pokój Wspólny Gryffindoru zawsze był najodpowiedniejszym miejscem do odrabiania lekcji, rozmów z przyjaciółmi, czy po prostu do wygrzewania się przy kominku.
Albo, w przypadku Huncwotów, do obmyślania kolejnego planu mającego na celu pogrążyć mniej lubianą część uczniów.

Czterej żartownisie stali przy oknie, pochylając się nad pergaminem. Uczniowie co chwila zerkali w ich stronę, ale śmieli podejść i spytać, co robią.
Nawet Lily Evans w ten dzień dała sobie spokój. Siedziały razem z Clemence przy kominku, odrabiając pracę domową z eliksirów.
Ze swojej pozycji przy oknie James Potter mógł usłyszeć tylko strzępy rozmowy dziewcząt. Zapominając całkiem o przyjaciołach i zadaniu, z wielką uwagą przysłuchiwał się ich konwersacji.

Tym czasem one, nieświadome pary uszu wsłuchujących się w ich głosy, plotkowały w najlepsze.
- Zgadnij, co się stało. - powiedziała Clemence. Lily pochyliła się nad pergaminem, uważnie studiując tabele księżycowe, wzruszyła ramionami. Dziewczyna ściszyła głos.
- McGonnagall wybrała mnie na nową komentatorkę meczów Quidditcha! - powiedziała troszkę głośniej niż zamierzała Clemence. Z gardła Rudowłosej wyrwał się cichutki pisk zachwytu. Rozejrzała się po sali sprawdzając, czy przypadkiem nikt tego nie usłyszał. Na chwilę jej wzrok spoczął na Potterze, widząc jednak brak jego zainteresowania jej osobą, przeniosła uwagę dalej. Po chwili spojrzała na przyjaciółkę.
- To fantastycznie. Kiedy?- spytała. Clem cała promieniała. Widać było, że od dawna marzyła o tej roli.
- Zaczepiła mnie, kiedy wychodziłam po lekcji transmutacji. Pierwszy mecz dopiero za miesiąc, ale i tak się strasznie denerwuję. - Lily uśmiechnęła się do przyjaciółki.
- Nie ma czym, będziesz najlepsza. - obie się uśmiechnęły.

Do uszu pana Pottera niewiele doszło z tej rozmowy. Pojedyncze słowa, takie jak "Quidditch", "fantastycznie", "mecz" i "najlepsza" sprawiły jednak, że najlepszy szukający niezwykle zainteresował się zamiarami obu dziewczyn. I nie ma się co dziwić, w końcu miotły były jego pasją.
Byłby tak dłużej rozmyślał nad tajemniczą konwersacją dziewcząt, lecz ni stąd, ni zowąd ktoś zaczął dźgać go boleśnie w plecy. James spojrzał na napastnika gotów również zaatakować, lecz gdy napotkał groźny wzrok Syriusza i karcące spojrzenia Petera i Lupina chwilowa jego złość wyparowała.
- Śpisz, czy co? Stary, na moment zapomnij o Evans i skup się na planie! - James skinął głową, lecz nie wspomniał chłopakom o dziwnej rozmowie, którą podsłuchał. Albo raczej o jej skrawkach. Postanowił sam wybadać zamiary dziewcząt.

Pewnego dnia, na tydzień po podsłuchanej rozmowie, James Potter stał na błoniach Hogwartu. Dziś bardziej niż zwykle wzbudzał zainteresowanie licznych uczennic Hogwartu, ponieważ gdy wpatrywał się w bezchmurne niebo, ku niemu biegła profesor Vector. Z wyrazu jej twarzy można było się zorientować, że nie jest w najlepszym humorze.
Widzący to Potter zerknął do tyłu, spotykając wzrok swojego przyjaciela.
Syriusz Black był zdecydowanie przystojny. Czarne włosy, niebieskie oczy i wysoki wzrost sprawiały, że dziewczęta na jego widok mdlały.
Oczywiście nie dosłownie, ponieważ wtedy na trawniku leżałoby mnóstwo uczennic.
Po chwili wzrok obu winowajców spoczął na małym chłopcu leżącym na trawie. Nie był to zbyt lubiany uczeń. Bertam Aubrey miał okropny zwyczaj denerwowania wszystkich, których napotkał na swojej drodze. Irytująco dociekliwy, ciągle wciskał nos w nie swoje sprawy.
No cóż, w tej chwili na pewno nigdzie nie wsadziłby nosa. Jego głowa powiększyła się dwukrotnie, a skóra przybrała dorodny kolor czerwieni.
Nikt nie wie, jak wtedy przedstawiały się myśli nauczycielki. Z pewnością nie były one radosne. Złapała pierwszego przechodzącego ucznia, i kazała iść mu z Bertamem do Skrzydła Szpitalnego. Potem zwróciła swą uwagę na dwóch winowajców. Jej policzki, zapewne z gniewu, przybrały odcień szkarłatu.
- Szlaban! Podwójny! - syknęła wreszcie, nie mogąc znaleźć słów opisujących karygodność ich występku.

Temu wydarzeniu z bezpiecznej odległości przypatrywały się dwie gryfonki. Nie miały radosnych min. Rudowłosa leżała na swoim miejscu tylko dlatego, że zanim zauważyła całe zajście, przybyła profesor Vector. I mimo że Lily okropnie jej nie lubiła, tym razem musiała przyznać jej rację: podwójny szlaban to dokładnie to, co się tym dwojgu należy.
Leżąca obok Evans'ówny Clemence spokojnie wpatrywała się w taflę jeziora. Zmacały ją tylko listki pływające na środku jeziora. Cóż się dziwić, była jesień. Kolorowe liście trzepotały na tle jasnoniebieskiego nieba.
Clemence wyciągnęła się na trawie.
- Ta pora roku ma to do siebie, że nic nie da się przewidzieć: w dzień jest upalnie, a wieczorami i w nocy tak zimno, że tylko by siedzieć przy kominku. I gdzie tutaj sprawiedliwość? - spytała. Ruda wzruszyła ramionami.
- Chyba nie ma na świecie prawdziwej sprawiedliwości... – mruknęła. Na pewno w kilka lat po tym wydarzeniu wspominała tamten dzień. I na pewno skrzywiła się ze smutkiem, zastanawiając się nad swoim sposobem myślenia.
Ale nie był to jeszcze ów czas, i owe miejsce...

komentarze [13]


1. Miłość do ludzi...
Napisała Karolina
O godzinie 09:36:10 dnia czwartek, 5 kwietnia 2007

Wiem, jestem okropna. Dwa miesiące nie pisałam notki. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Miałam nawet cztery początki tej notki, ale nie wiedziałam co z nimi zrobić. W końcu dodałam je do siebie, i powstało TO. Nie jest to świetne, ale nie najgorsze. Pozdrawiam...


Na kilka dni przed swoimi czternastymi urodzinami Lily Evans zrozumiała bardzo ważną rzecz: miłość jest lekiem na wszystko.
Niby proste zdanie, a jednak tak trudne.
Zarozumiała dziewczynka chodziła z wiecznie podniesioną głową. Czasem traktowała innych ludzi jak przedmioty, bawiła się nimi. Aż do tamtego dnia. Ten dzień zmienił całe jej życie.

Stara kobieta leżała w łóżku. W białej, szpitalnej pościeli wydała się wnuczce nagle taka mała. Tak wątła i tak delikatna.
Lily wiedziała, że to już koniec. Rodzice powiedzieli jej to wczoraj wieczorem. Jej babcia uśmiechnęła się lekko, widząc czerwone oczy dziewczynki. Delikatnym gestem, nie podnosząc ręki, przywołała ją do siebie. Ta podbiegła.
Stara kobieta przytuliła Lily z całej siły. Starła łzę z jej policzka, jednocześnie uśmiechając się do niej.
- Nie płacz, Malutka. Przecież wiesz, że przenoszę się do lepszego świata. Pozwól mi się tym cieszyć. Nie płacz...
Dziewczynka spojrzała na tą niemłodą już kobietę. Siwe włosy były rozpuszczone, leżały na poduszce. Wątłe dłonie, co chwila opadały z braku sił. Jednak sama staruszka była uśmiechnięta i pogodna.
- Pamiętaj kochanie: kochaj ludzi. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą, ale kochaj ich. Miłość może zdziałać cuda. Pamiętaj...
Babcia uśmiechnęła się po raz ostatni, po czym udała się do krainy Wiecznego Życia...

♣♣♣

Na biurku leżał tylko pergamin, pióro i kałamarz. Ruda spojrzała na nie z westchnieniem, po czym usiadła na krześle. Było twarde, zrobione z drewna. Dziewczyna, pisząc, co chwilę się wierciła.
Nakreśliła na kartce tylko nagłówek. Nie wiedziała, co napisać. Od powrotu do Hogwartu niewiele się zdarzyło. Chociaż...
Wróciła na chwilę pamięcią do lekcji wróżbiarstwa, gdzie profesor Dreasly przepowiedziała jej przyszłość. Powiedziała wtedy, że musi na siebie uważać w najbliższych dniach, ponieważ Mars jest pod kątem prostym do Saturna, co dla jej godziny urodzenia gwarantuje drobne wypadki.
Dziewczyna mimowolnie uśmiechnęła się do siebie. Nigdy nie przepadała za wróżbiarstwem, mimo że profesor bardzo ją ceniła.
Nagle mocno potrząsnęła głową. Zreflektowała się.
Zaczęła pisać. O uczcie powitalnej, o lekcjach, o przyjaciółkach. Za nim się zorientowała, cały pergamin był zapełniony lekko pochyłym, schludnym pismem.
Uśmiechnęła się do siebie. Włożyła pergamin do koperty. Tę natomiast wrzuciła do torby. Szybkim krokiem wyszła z dormitorium.

♣♣♣


Przyjaźń jest jednym z dwóch najpiękniejszych uczuć. Na pierwsze Rudowłosa ciągle czekała, ale drugie przybyło już do niej pod postacią niskiej, szarookiej dziewczyny z blond włosami.

Clemence Cheerful miała charakter zupełnie inny niż Lily. Nie przepadała za nauką, uwielbiała się stroić. Jeśli kogoś można określić mianem pięknej, Clemence właśnie taka była. Miała jednak tę samą pogodę ducha co Lily... Musiały się polubić...

♣♣♣

Po błoniach spacerowało tylko parę osób. Nic dziwnego, był jesienny wieczór. Przy murach leżały sterty liści, które woźny Evil pracowicie zamiatał. Przy jeziorze spacerowały dwie gryfonki.
Blondynka podniosła z wdziękiem purpurowy liść z ziemi. Lily uśmiechnęła się.
- Uwielbiam tutaj chodzić, zwłaszcza jak jest tak cicho. - spojrzała na niczym nie zmąconą wodę jeziora. Clemence kiwnęła głową.
- Tak... Spójrz! – wskazała palcem na niebo. – Pierwsza gwiazdka!
Lily spojrzała na przyjaciółkę. W świetle księżyca wydawała się bardziej smukła. Uśmiechała się niczym mały elf... Ruda przez chwilę miała wrażenie, że tamta zaraz odleci... Ale nie, stała twardo na ziemi, uśmiechając się do Lily swoim ślicznym uśmiechem. Evansówna zawsze zazdrościła jej tych dołeczków w policzkach. Tego, co sprawiało że wyglądała tak słodko...

komentarze [5]


Prolog
Napisała Karolina
O godzinie 22:42:45 dnia czwartek, 25 stycznia 2007

Ach, i jeszcze jedno... Na imię mam Karolina.

###

Hogwart.

Czarodzieje i czarownice z całego świata kiwali głowami w aprobacie dla TEJ szkoły. Była niezwykła. I to nie dlatego, że nauczano w niej magii. Chodziło bardziej o tą atmosferę, te uśmiechy na twarzach uczniów, gdy widzieli z pociągu zarysy zamku.
Zasługą tego zadowolenia był w pewnej mierze dyrektor. Wiecznie zadowolony, uśmiechnięty, poczciwy staruszek. Uczniowie go uwielbiali. Rodzice szanowali.

Albus Dumbledore.

Przykładem jego wiecznego spokoju i opanowania była ta sytuacja.

♣♣♣

W gabinecie dyrektora siedziało dwóch chłopców. Obydwoje mieli czarne włosy, z tą różnicą że pierwszy zdawał się nie wiedzieć co to grzebień. Obydwoje wpatrywali się ze znudzeniem w dębowe biurko stojące przed nimi, czekając aż pojawi się dyrektor.
W pewnym momencie usłyszeli delikatne stukanie butów na posadzce, i w progu drzwi pojawił się profesor Dumbledore. Uśmiechnął się do chłopców na powitanie, po czym usiadł na wielkim, drewnianym krześle naprzeciwko nich. Spojrzał na dwóch Gryfonów zza swoich okularów.
- Miętusa? - spytał, wyciągając w ich stronę miskę z cukierkami. Grzecznie odmówili.
- No więc chłopcy, co zrobiliście tym razem? - spytał spokojnie. Szatyni wzruszyli ramionami.
- Ekhem... No... to tylko ten posąg jednookiej wiedźmy. No wie pan, ten z garbem. - powiedział okularnik. Dyrektor skinął głową.
- No więc... My go tylko troszkę urozmaiciliśmy... - dodał drugi.
- Tak... To w sumie nic poważnego... - mruknął pierwszy.
- No więc co się stało? - ponaglił ich łagodnie Dumbledore.
- Wyrosła jej w nosie i pod pachami trawa, Albusie! - z tymi słowami wkroczyła do pokoju wysoka kobieta. Miała ciemne włosy, zwinięte w ciasny kok i wzrok, który zdawał się przeszywać uczniów.
- Profesor McGonagall! Jak miło panią widzieć! - dyrektor wstał z fotela i skinął jej głową.
- Oni zniszczyli własność szkoły, Albusie! Nie może im to ujść bezkarnie! - była wyraźnie zdenerwowana. Spojrzała na czarnowłosych wzrokiem, który najchętniej by zabił.
- Minerwo! W sumie to nie takie straszne. Posąg da się naprawić. Czy nie możemy im darować? - spytał dyrektor łagodnym tonem, patrząc na swoją koleżankę proszącym wzrokiem. Chłopcy spojrzeli na siebie z rosnącą radością. Czyżby i ten numer miałby im przejść płazem?
- Albusie, tak nie może być! To już byłby piąty numer, który uszedłby im płazem w tym półroczu. - dyrektor westchnął, po czym skinął głową.
- Co w takim razie proponujesz? - spytał. Kobieta przez chwilę milczała, rozważając karę dla chłopców. Ostatecznie nic strasznego się nie stało. Ale z drugiej strony nie mogą myśleć, że nauczyciele będą im pobłażać...
- Czyszczenie posągu. - chłopcy skrzywili się.
- Dobrze. Poproszę pana Evila, żeby ich przypilnował. - Minerva skinęła głową. Spojrzała na winowajców.
- Potter! Black! Idźcie już!

♣♣♣

Wszyscy bali się profesor McGonagall. Może nie tyle się bali, co czuli przed nią respekt. Tak było przyjęte od pokoleń. Na jej lekcjach zawsze panowała idealna cisza. Nikt nie śmiał być nieprzygotowany. Tak było i dzisiaj.
- Panie Pettergew, proszę to rozdać. - powiedziała, wręczając niedużemu, grubemu chłopcu pudło ze ślimakami. Gdy ten przechodził się po klasie, usiadła przy biurku. Rozejrzała się. Jej uwagę jak zwykle przyciągnęły dwie osoby.
- Black! Potter! Uspokójcie się! - powiedziała. Chłopcy momentalnie spoważnieli. Z lekko nadąsanymi minami położyli się na ławkach. Syriusz zaczął bezmyślnie gryzmolić po kartce, a James wpatrywał się w pewną rudowłosą osóbkę.

Lily Evans.

Na pewno nie była zwyczajna. Tkwiła w niej pewna niezwykła magia. Magia, która sprawiała że nie sposób było jej się oprzeć.

Może to przez jej włosy. Były niezwykłe. Takie delikatne, puszyste, o barwie rudo-złotej. Tak lekkie, że powiewały nawet przy słabym wietrze.

A może przez jej oczy? Miały kolor łodyżki selera. Chyba nikt w całej szkole nie miał tak czarującego spojrzenia.

Może to przez figurę? Średniego wzrostu, z kruchą postawą wyglądała nadzwyczaj delikatnie.

Może po prostu miała to coś. To połączenie wszystkich cech, które sprawiło że wyglądała jak mała, wiecznie radosna wróżka.

Na jej szacie wyszyta była naszywka z godłem Gryffindoru. Tak. Dom ludzi prawych i odważnych, stawiających czoła niebezpieczeństwom. Ona zdecydowanie taka była. Zawsze pomagała słabszym, jeśli nie fizycznie, to dobrym słowem czy pocieszeniem...

Lily Evans... To od niej to wszystko się zaczęło...


komentarze [14]




Lily

Oprawa


To małe arcydzieło wykonała Clairey tylko dla Karoliny. Nie kopiować!
Więcej?